Blog


Widelcem po mapie: Zjeść Budapeszt

Budapeszt! Jakoś tak się złożyło, że zwykle oglądałem go tylko z okien rozklekotanych autobusów, wiozących mnie na wakacje do Grecji. Zawsze chciałem zatrzymać się w Pesztobudzie na dłużej. Udało się dopiero w tym roku, ale za to po pierwszej wizycie szybko przyszła kolejna.

A zaczęło się w pewien kwietniowy dzień od serii szczęśliwych zbiegów okoliczności. Dobrym omenem był banknot z Jagiełłą, który znalazłem w drodze na W69, czyli zielonogórski stadion żużlowy. Od razu upłynniłem go na piwo dla siebie i znajomych. Oglądając przy nim niedzielny mecz odebrałem telefon. Znajomy wybierał się uczcić swoje czterdzieste urodziny w stolicy Węgier. „Wyjeżdżamy jutro o ósmej rano. Jedziesz z nami?”, usłyszałem. „Jadę!”.

No dobra, już kończę wynurzenia osobiste i przechodzę do kuchni. Zacznijmy od śniadania. Jeśli traficie do Pesztobudu w dzień powszedni, polecam wycieczkę do hali targowej za domem handlowym Mamut. Ta piętrowa hala, mocno już nadgryziona zębem czasu i silnie zalatująca socrealizmem, pojawia się chociażby w książce Krzysztofa Vargi Gulasz z turula. Znajdziecie tam stragany z płodami rolnymi oraz stoiska spożywcze, w tym fenomenalnych rzeźników. Ja szczególnie polecam znajdujący się na piętrze kramik z kiszonkami. Węgrzy kiszą przeróżne warzywa i można tam znaleźć wiele przysmaków, takich jak kiszony kalafior, czy melon, nie wspominając o ostrych i słodkich paprykach. Prawdziwa uczta czeka nas jednak w ulokowanym na pięterku okienku z langoszami (okienka takie są w hali dwa – polecono mi to na piętrze). Langosze to wielgachne drożdżowe placki smażone w głębokim tłuszczu. Można je jeść same albo z przeróżnymi smarowidłami i posypkami. Ja polecam langosza posmarowanego roztopionym masłem czosnkowym, polanego gęstą kwaśną śmietaną i posypanego wysoką górką tartego żółtego sera. Oczywiście jest to bomba kaloryczna, po której serce zaczyna się dławić grudami tłuszczu, a krew gęstnieje w półpłynny syrop, ale hej – jest ryzyko, jest przyjemność! Po śniadaniu możemy udać się do położonej vis a vis langoszowego okienka kawiarni. Niepozorny ten lokal szczyci się ogromną ofertą odmian kawowych ziaren i stawiam go przeciw wszelkim nowomodnym sieciówkom.

IMG_0748

Langosz z masłem czosnkowym, kwaśną śmietaną i żółtym serem

Kiszonki i inne przysmaki

Kiszonki i inne przysmaki

W niedzielę zamiast do hali za domem handlowym Mamut, warto wybrać się na „hipsterskie” śniadanie do kultowego Szimpla, ruina-baru w pustostanach dzielnicy żydowskiej Pesztu. Jest to najmodniejsza z licznych imprezowni zakładanych nielegalnie w opuszczonych budynkach. W niedzielne poranki zjeżdżają się tam lokalni producenci ekologicznej żywności, by sprzedawać przeróżne delikatesy. Rundka po wszystkich straganach zapewni nam stertę smakołyków, z których następnie można urządzić sobie wystawne śniadanko, o ile znajdzie się gdzieś kawałek wolnego stolika. Pośród stosów dojrzewających wędlin, najprzeróżniejszych serów i nieodzownych kiszonek, na mnie największe wrażenie zrobiły rulony wędzonej mozzarelli oraz papryczki koktajlowe faszerowane chrzanem, które bajecznie podkreślają smak każdego mięsa. Do tego nie wolno zapomnieć o szklaneczce szpricera, czyli białego wina wymieszanego we wskazanych przez klienta proporcjach z wodą sodową.

Śniadanie w Szimpla

Śniadanie w Szimpla

Po takim śniadaniu mamy siłę by zwiedzać miasto, wdrapać się na wzgórze zamkowe, przepłynąć promem po Dunaju, pospacerować po wyspie Małgorzaty, pomoczyć w termach czy pooddawać innym turystycznym przyjemnościom (ja na przykład regularnie zaglądałem do sklepu z komiksami Trillian przy Teréz körút 12).

IMG_1142

Kiedy znowu chwyci was apetyt, radzę odwiedzić jedną z budapesztańskich winiarni. Polecam DiVino przy bazylice św. Stefana, którą – jak zresztą większość wspominanych tutaj atrakcji – pierwszy raz pokazał mi Wojtek Lewandowski. DiVino oferuje w stałej sprzedaży na kieliszki ogromną baterię węgierskich win. Do wina zamówić można foie gras, którego Węgry są czołowym europejskim producentem.

Terrina z foie gras w Pesti Disznó

Terrina z foie gras w Pesti Disznó

Pesti Disznó

Pesti Disznó

Gdyby wino i foie gras było dla was propozycją zbyt wyszukaną, czy pretensjonalną, zawsze można wychylić kufelek belgijskiego piwa w Pater Marcus przy Apor Péter utca 1 i pochrupać do tego skwarki z mangalicy, endemicznej węgierskiej odmiany świnek.

Skwarki z mangalicy, ulubiona przekąska Węgrów

Skwarki z mangalicy, ulubiona przekąska Węgrów

Na kolację mógłbym polecić kilka budapesztańskich restauracji. Wiele najlepszych opisano w przewodnikach Michelin. Warto wspomnieć Pesti Disznó przy Nagymező utca 19, czy KNRDY uważaną nie tylko za najlepszą stekownię na Węgrzech, ale jedną z najlepszych w Europie. W tym drugim przypadku należy jednak przygotować się na zaporowe ceny. Zakochałem się od pierwszego wejrzenia w zobaczonym tam steku porterhouse z dojrzewającej 28 dni argentyńskiej wołowiny, ale nie byłem gotowy zapłacić za niego ceny około tysiąca złotych (sic!) i nasza miłość pozostała nieskonsumowana. Zamiast tego moją ulubioną budapesztańską restauracją stało się Bock Bisztró w Peszcie, polecane zresztą przez samego Roberta Makłowicza. To jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza restauracja, w jakiej jadłem. Fenomenalna. Od czego zacząć? Na czym skończyć? Krem czosnkowy z kalmarami gotowanymi we własnej krwi! Leczo w emaliowanym czerwonym garnuszku! Jagnięcina! Wołowe policzki! Nie, nie, już wiem! Szpik kostny! Szpik kostny przesmażony z cebulką – najlepsza rzecz w Bock Bisztró! A jeszcze nie wspomniałem o deserach, choćby serniku z koprem, czy „dziwacznych” lodach (ten deser to trzy gałki słodkich lodów, w następujących smakach: kiełbasy paprykowej, bekonu oraz… tytoniu!).

Leczo u Bocka

Leczo u Bocka

Sernik z koperkiem na kruchym spodzie

Sernik z koperkiem na kruchym spodzie

Lody "bizzare": paprykowa kiełbasa, tytoń (z aromatem kamfory), boczek (ze skwarkami)

Lody „bizzare”: paprykowa kiełbasa, tytoń (z aromatem kamfory), boczek (ze skwarkami)

Sos z czosnku niedźwiedziego

Sos z czosnku niedźwiedziego

Szpik kostny u Bocka

Szpik kostny u Bocka

Wreszcie na zakończenie dodam, że nie można, absolutnie nie można opuścić Węgier bez skosztowania choćby kieliszeczka palinki, czyli destylatu owocowego, którego w Polsce wytwarzać niestety nie można, na Węgrzech zaś jest to legalne i destylaty takie wytwarza się nie tylko ze śliwek, ale również z wielu innych owoców, np. czereśni, czy gruszek. W przeciwieństwie do tradycyjnej polskiej wódki, palinki pozostawiają przyjemny owocowy posmak, a po obfitym posiłku są doskonałe na trawienie.

Komentarze ( 0 )

    Dodaj komentarz

    Your email address will not be published. Required fields are marked *