Blog


Grzmiące Kije

Pruski generał o apetycznym nazwisku von Wedel, na długo zapamiętał lato 1759 r. Trwała wojna siedmioletnia. Działania wojenne rozlały się z Europy na Azję i Amerykę Północną aż po Karaiby.

Von Wedel reprezentował interesy Króla Fryderyka II Wielkiego, który rozsierdził sąsiadów zajęciem Saksonii. 22 lipca oficer otrzymał od swojego suwerena nowy przydział – miał zastąpić odwołanego generała Dohna i objąć dowództwo 30-tysięcznej armii, wyposażonej w prawie setkę dział. Rozkazano mu wykorzystać ten imponujący potencjał militarny i nie dopuścić do połączenia sojuszniczych armii Rosji i Austrii.

Już dzień później, 23 lipca, świeżo upieczony dowódca natknął się na wojska rosyjskie pod wodzą generała Sałtykowa. Swoją pierwszą bitwę stoczył pod miejscowością Kije (obecne województwo lubuskie).

Sałtykow też został świeżo mianowany na głównodowodzącego. Rusek zastosował manewr oskrzydlający i nie niepokojony przez nikogo zaszedł prusaków od tyłu. W krwawej bitwie, rosyjska artyleria rozgromiła wojska pruskie na zdradliwych trzęsawiskach. Von Wedel, ścigany przez lekką jazdę rosyjską, wycofał się w kierunku Cigacic i Sulechowa. Stracił pod Kijami 6 tysięcy ludzi i 14 dział. Niezły pierwszy dzień w nowej pracy!

To była największa hucpa, jaką oglądały Kije. Do 30 października 2011 r.

Ale od początku. Nie wszyscy z Was wiedzą – ja nie wiedziałem – ile jest klas w systemie ligowym polskiej piłki nożnej. W telewizji oglądamy rozgrywki ekstraligi i te znają wszyscy. Potem jest I liga, II liga (tu w 2011 r. grała Lechia Zielona Góra), III liga, IV liga i klasy okręgowe A, B i chyba nawet C. Tak mi przynajmniej tłumaczono w rozklekotanym autobusie zmierzającym z Zielonej Góry do Kijów. Autobusy takie były dwa, wypakowane po brzegi kibicami KSF Falubaz – amatorskiej drużyny piłki nożnej, działającej w barwach Zielonogórskiego Klubu Żużlowego. W klasie B czekał ich wyjazdowy mecz z Kijowianką Kije. Aż 30 kilometrów od domu!

Generalnie na mecze klasy B przychodzą zawodnicy, sędziowie, trenerzy i czasem ktoś z rodziny albo znajomy któregoś zawodnika. Nie na KSF Falubaz! Nasze autokary wpadły do pogrążonej w niedzielnym letargu wioseczki, jak dwie torpedy. W Kijach cisza. Brakowało przelatującej przez środek kapusty pustynnej i miejscowych teatralnie zatrzaskujących okiennice w domach. Samochody dawno pochowane były w garażach, kobiety i nierogacizna w obejściach.

Spóźniona do domu pastereczka, na pytanie „Którędy na stadion?”, zrobiła wielkie oczy i zlękniona wskazała ukryte za drzewami boicho, jakiego powstydziłaby się każda z zielonogórskich podstawówek. Prawdopodobnie setki lat temu stanowiło część tych trzęsawisk, na których ruska artyleria wytrzebiła prusaków.

Pogoda za to idealna. Jeden z ostatnich dni października był słoneczny i ciepły. Prawdziwa złota, polska jesień.

Tymczasem autokary zatrzymały się i wysypały się z nich ogry. Szaliki. Połowa w kibicowskich koszulkach. Nastroje bojowe. W okoliczne krzaczory ciśnięto pierwsze petardy. Huk, wzmocniony przez ścianę lasu zrobił się taki, że gdyby były tu wojska Sałtykowa, zapewne przerwałyby zdradziecki manewr oskrzydlający i wybrały pełny odwrót.

Nieliczni miejscowi skulili się w sobie, podczas gdy na <ekhem> „trybuny”, czyli usypany z piasku wał ziemny, wmaszerowało około 250 kiboli. Mecz już trwał. Żółto-biało-zieloni prowadzili jedną bramką. O dziwo, zawodnicy obu drużyn wyglądali zawodowo – wysokogatunkowe koszulki z numerami i spodenki, tylko korki jakby mniej wyjściowe.

W 10 min. gospodarze wyrównali i zrobiło się ciekawie. Z wału ziemnego leciały przyśpiewki, głównie poprzerabiane żużlowe. Poziom gry był kiepski. Nawet taki dyletant jak ja to widział. Ciężko było uświadczyć jakieś dokładne podanie. Koślawe strzały na bramkę posyłały piłkę za piłką prosto w las.

Na trybunach z plecaków i toreb wyjęto sześciopaki mocnych piw z gatunków ekonomicznych oraz wódkę. Pita z gwintu wiśniówka krążyła po kibicach.

W końcówce pierwszej połowy nastąpiło wielkie przełamanie. Być może pod wpływem dopingu gości, od którego drżały szyby w oknach, a echo niosło się przez las, drużyna gospodarzy całkiem straciła rezon. W 35 minucie padła druga bramka dla Falubazu. W 37 min., trzecia. W 39 minucie, czwarta. Zielonogórzanie odpalili pirotechnikę – świece dymne i czerwone race, a nad tłumem załopotały trzy wielkie flagi. Co bardziej zapamiętali zdarli z siebie koszulki i kibicowali z gołą klatą.

Jeden z kibiców podszedł do gniazdowego i wskazał mu przeciwną stronę boiska. Stało tam czterech zielonogórskich ultrasów. – Może „Druga strona odpowiada”? – zaproponował. Gniazdowy podchwycił pomysł. Wał ziemny zagrzmiał znanym ze stadionu żużlowego okrzykiem „DRUGA STRONA OD-PO-WIADA! DRUGA STRONA OD-PO-WIADA!”. Ultrasi po drugiej stronie wyraźnie się ożywili.  Na sygnał gniazdowego wykrzyczeliśmy hasło „TYLKO…”. Przy W69 takie hasło wykrzykuje połowa stadionu, a druga połowa mu odpowiada – kilkanaście tysięcy ludzi. Tutaj odzew, zdzierając gardła, dało tylko tych czterech ultrasów – „FALUBAZ”. Gardła mieli mocne. „TYLKO…” nie dawaliśmy za wygraną. „FALUBAZ” odkrzykiwali jeszcze głośniej. Zostali nagrodzeni brawami i gromkim śmiechem.

Przerwa była dobrą okazją by wysłać zwiadowców na wioskę w celu uzupełnienia zapasów alkoholu.

„Szatnia” Kijowianki to niepokojąco wyglądający barak, idealny by przetrzymywać tam dla okupu syna znanego biznesmena albo żeby seryjny morderca postawił tam maszynę do szycia stroju z ludzkiej skóry. Teraz również musiało się tam ostro dziać, bo po przerwie zawodnicy z Kijów wybiegli zmotywowani. Już w pierwszej minucie strzelili nam gola na 2:4.

Tymczasem wybuchła sprzeczka kibiców z sędzią liniowym. Był to rezolutny starszy pan, któremu mocna opalenizna, krótko przycięte siwe włosy i elegancka bródka nadawały wygląd doświadczonego światowca. Zżymał się na podchmielonych kibiców, którzy notorycznie włazili mu pod nogi, stali na linii bocznej lub wręcz wchodzili na boisko. Po serii przepychanek i utarczek słownych stary wyga nie wytrzymał. Zawołał jednego z naszych zawodników. – Panie prezesie – zagaił. – Idź pan do nich i ich uspokój, bo zakończę ten mecz waszym walkowerem! – Szantaż zadziałał. Zawodnicy przybiegli do nas i kazali cofnąć się spod linii bocznej. Nie po to dawali z siebie wszystko na boisku, żeby ten mecz przegrać w głupi sposób. Nastąpił chwilowy rozejm. Wznowiono grę.

W 55 minucie zawodnik KSF zwany Artiomem zaliczył meczowy hat-trick. Po dwudziestu minutach niezbornej kopaniny dobiliśmy szóstą bramkę. W 90 minucie padła siódma. I właśnie wtedy, gdy kibice odpalali zwycięską oprawę na ten mecz – każdy z nas nadmuchiwał jeden z dziesiątek żółtych, białych i zielonych baloników, jakiś nadgorliwy kibol rzucił pod nogi sędziego liniowego petardę. Ogłuszony i krańcowo rozeźlony arbiter chciał przerwać mecz, mimo że zostały już tylko trzy minuty doliczonego czasu. Zaczęto szukać winowajcy, żeby się przyznał i poszedł przeprosić arbitra. Ale skrytobójczy petardo-ninja, nie miał zamiaru się ujawnić.

Ostatecznie na szczęście sprawa rozeszła się po kościach, odgwizdano zakończenie spotkania na 2:7 dla KSF Falubaz, który po XIII rundzie zajął 5 miejsce w tabeli!

Autokary ruszyły w powrotną drogę. Okoliczni mieszkańcy, którzy wyszli z lasu zaniepokojeni hukiem petard, zaczęli  się rozchodzić do domów. Zawodnicy Kijowianki pieszo poszli do chaty.

Zapadłe w pobliskich trzęsawiskach trupy pruskich żołnierzy, rozbudzone krzykiem i hukiem pozostały z dylematem – obrócić się w bagnie na drugi bok, przytulić karabin i spróbować znów zasnąć? Chyba nie ma sensu. Jutro Halloween i tak trzeba będzie wstać, zastukać kościstym palcem do okien chat, postraszyć trochę…

Komentarze ( 0 )

    Dodaj komentarz

    Your email address will not be published. Required fields are marked *